wtorek, 26 lipca 2016

Pokazowy obiad - rozdział 27

Co ma Harrods do obiadu

 

obiad z harrodsa

Biblijne: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” (co interpretuje się jako niewiedzę kiedy i co się stanie, co powoduje życie w ciągłej niepewności i niepokoju), Chinka wypełniała w 500 procentach, przebiła nawet moją córeczkę kiedy była mała i wciąż siedziałam na minie.
Nikogo tak nierównego i nieprzewidywalnego nie spotkałam wcześniej, i nie życzę sobie spotkać jeszcze kiedykolwiek, bo tu siedziałam na kilku minach na raz.
Była mistrzynią świata w tworzeniu nastrojów skrajnie różnych, które potrafiła zmieniać w ciągu sekundy i żonglowaniu słowami i sytuacjami w celach manipulacyjnych.
Tymczasem pierwszy tydzień był znośny a nawet miły, pomimo starcia o noszenie małej na rekach. Zbliżało się jakieś chińskie święto i pani domu postanowiła wydać obiad dla rodziny i znajomej Chinki zamężnej z rodowitym Anglikiem. 
Żyła więc przez kilka dni tym wydarzeniem, ciągnąc mnie do Harrods-a, jednego z najsłynniejszych ekskluzywnych sklepów w Londynie po … indyka wraz z gotowym nadzieniem, za którego uiściła £ 120, i którego ja miałam zrobić, bo ona nie umie.
Tak, tak, w Harrodsie można kupić również jedzenie. 

Nigdy nie piekłam indyka! 
Gdzieś mi tylko świtało, że powinien się piec tyle minut ile gramów waży – wychodziło jak obszył 4 godziny, tylko w jakiej temperaturze? Postanowiłam zawierzyć swojej intuicji. 
Po otwarciu pudelka z przygotowanym nadzieniem, stwierdziłam, że to jakaś koszmarna tłusta breja, i jak ma to być super pieczeń, to trzeba to zmienić. 
Zaordynowałam kilogram wątróbek drobiowych, dwa pęczki zielonej pietruszki i zmieszałam z połową nadzieniowego szlamu. 
Resztę dostał rudy domowy kot, ale nie zjadł, popatrzył na mnie jakbym go chciała otruć.
Indyk udał się nadspodziewanie dobrze i sama nie wiem, jak to się stało, bo w pewnym momencie piekarnik tak zaczął dymić, że włączyły się wszystkie alarmy przeciwpożarowe w domu. Pognaliśmy; ja błyskawicznie ratować dom przed spaleniem i pieczeń, z Chinką u boku w lamencie – matko! 120 fontów!, i milczącym Szczuplutkim który rzucił się wyłączać alarmy. 

Ten obiad był naprawdę pyszny, bo jeszcze podałam mój słynny barszcz czerwony, i kilka znakomitych sałatek. 
Ten obiad był uroczy i … niezwykły!
Niezwykły, bo cała rodzina przy jednym stole (co się nigdy później już nie powtórzyło) z zaprzyjaźnioną Chinką i jej Anglikiem, oraz ja.
Uroczy, bo cały wieczór zbierałam od wszystkich ochy i achy na temat moich wyczynów kulinarnych, były pokazy moich zdolności artystycznych również, o czym domownicy nie omieszkali poinformować, i pytanie skąd oni wzięli taki skarb z imieniem które im się kojarzy z Archaniołem Gabrielem, i … och, teraz będę mogła zrobić z Gabrielą wiele pięknych rzeczy w domu, zrobimy dom z bajki ... .
Nawet mnie nie zdziwiło, że praktycznie cały wieczór mówiło się wyłącznie o mnie. 
Dlaczego? Bo już wtedy wiedziałam, że taka opiekunka / gosposia / osobista artystka, to ogromny prestiż dla Chińczyków i dlatego też indyk od Harrods-a, o czym zaproszeni zostali niezwłocznie poinformowani, zanim jeszcze zaczęli jeść.

Wszystkie odcinki: Smaki i Zapachy Emigracji
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...